Wychowujemy dzieci dla Nieba – czy to przesłanie jest dziś jeszcze możliwe

28 czerwca 2026

2 lipca rozpoczyna się w Polsce peregrynacja relikwii św. Teresy z Lisieux oraz jej rodziców – Zelii i Ludwika Martin. To wydarzenie przychodzi w czasie, gdy coraz więcej rodziców patrzy na swoje dorastające dzieci z niepokojem: odchodzą od wiary, dystansują się od Kościoła. I coraz częściej pojawia się pytanie – nie zawsze wypowiedziane na głos: czy jeszcze wiemy, dokąd chcemy je prowadzić?

Zelia i Ludwik Martin to pierwsze w historii Kościoła małżeństwo, które zostało wyniesione na ołtarze wspólnie jako para małżeńska. Ich historia mocnym znakiem sprzeciwu wobec współczesnego zamętu.

Dali światu pięć zakonnic, w tym jedną z najbardziej znanych świętych – Teresę z Lisieux. A jednak ich życie nie było pasmem sukcesów. Czworo dzieci stracili bardzo wcześnie. „Przy każdym nowym zgonie wydaje mi się, że to dziecko, które tracę, kochałam bardziej niż inne” – mówiła Zelia. To zdanie uderza również dziś, w kulturze, która boi się cierpienia i za wszelką cenę próbuje je wyeliminować, często kosztem sensu.

A jednocześnie Zelia potrafiła napisać: „Jestem wciąż z Ludwikiem bardzo szczęśliwa”. Ich małżeństwo nie było idealne - było prawdziwe. Kiedy córka Maria zapytała po ich kłótni: „Czy to znaczy, że do siebie nie pasujecie?”, Zelia odpowiedziała krótko: „Nie bój się, bardzo kocham twojego ojca”. A potem razem z mężem wyciągnęli wniosek: trzeba bardziej uważać, bo dzieci patrzą i zadają pytania.

Zelia i Ludwik zaczęli od fundamentu. Spotkali się - jakby wbrew logice - na moście św. Leonarda. Trzy miesiące później wzięli ślub, o północy, bez rozgłosu. Chcieli sakramentu, nie spektaklu. To także brzmi dziś jak kontrapunkt wobec kultury, w której forma często przesłania treść.

Ich życie było zwyczajne: praca, dom, obowiązki. Ludwik prowadził zakład zegarmistrzowski, Zelia była zamożną francuską koronczarką. Zatrudniali służące i – co znaczące - traktowali je z szacunkiem. „Trzeba, aby odczuwały, że się je kocha trzeba im okazywać sympatię i nie być zbyt surowym dla nich” - mówiła Zelia. Ludwik z tym się zgadzał. Oboje zresztą żyli podobnymi ideałami. ”Chcę być świętą”, mówiła Zelia. A Ludwik podkreślał: „Tak, mam cel, a jest nim kochać Boga całym sercem”. 

Ich miłość do dzieci nie oznaczała spełniania wszystkich pragnień ani chronienia przed każdą trudnością. Modlili się, aby dzieci „szły trudną drogą wiary do nieba”.

To właśnie to sfromułowanie: „trudną drogą” wydaje się dziś najbardziej kontrowersyjne. Współczesne modele wychowawcze często koncentrują się na tym, by dziecku było łatwiej, wygodniej, bezpieczniej. Tymczasem Martinowie myśleli inaczej: ważniejsze od komfortu jest to, dokąd ta droga prowadzi. Uczyli konkretnie. Gdy spotkali zmarzniętego bezdomnego, nie ograniczyli się do współczucia. Zaprosili go do domu, nakarmili, dali mu buty, pomogli znaleźć schronienie. W świecie, w którym solidarność bywa zastępowana deklaracjami, takie gesty mają szczególną wymowę.

Nie traktowali dzieci jak swojej własności. Widzieli w nich dar i zadanie. Każde poznawali osobno, dostosowując sposób wychowania. „Cóż by się stało, gdyby niezręczny ogrodnik nie zaszczepił dobrze swoich krzewów? Gdyby nie umiał rozpoznać gatunku każdego z nich i chciał, aby róże kwitły na moreli? – pisała po latach święta Teresa z Lisieux, opisując starania rodziców o ich wychowanie. „Uśmierciłby drzewo, które przecież było dobre i zdolne do rodzenia owoców. To w ten sposób trzeba umieć rozpoznać już w dzieciństwie, czego Bóg żąda od dusz i współpracować z działaniem łaski, nigdy go nie wyprzedzając, ani też nie powstrzymując”.

Wiara nie była w domu dodatkiem. Była osią życia. Dzieci nie tylko słyszały o Bogu. One widziały, że On jest realny. Codziennie o 5.30 Zelia uczestniczyła razem z Ludwikiem we Mszy św. w parafialnym kościele. Przystępowali do Komunii kilka razy w tygodniu. W okresie Wielkiego Postu pościli, mimo że Zelii nie przychodziło to bez trudu: „Wzdycham do Wielkanocy.(…) Niewiele dłużej jak trzy tygodnie. Ale te trzy tygodnie trudne są do przeżycia, bo trzeba pościć. To jest bardzo męczące”. Uczestniczyli w rekolekcjach. Kiedyś za „duchową pokutę” Zelia uznała słuchanie kazań jednego z misjonarzy, gdyż „mówił niedobrze”. Ale mimo wszystko brała udział w tych naukach. Traktowała to jako dodatkowy wysiłek duchowy. Zelia nosiła też szkaplerz karmelitański, tak zresztą jak jej mąż. Oboje mieli nabożeństwo do Matki Bożej. I tu pojawia się pytanie, które peregrynacja relikwii stawia bardzo konkretnie: czy w naszych domach wiara jest jeszcze takim doświadczeniem?

Gdy nastał rok 1876, Zelia dostrzegła zgrubienie na piersi. Diagnoza była jednoznaczna: jest już za późno na podjęcie leczenia, a choroba wciąż postępuje. W ten sposób opisywała później tę wizytę: „Wybadał mnie dokładnie i po chwili milczenia powiedział do mnie: . Odpowiedziałam mu: ”. Wtedy usłyszała od lekarza: „Pani tak dobrze o tym wie, jak i ja”. 

Początkowo Zelia nie mówiła o postępującej chorobie dzieciom i Ludwikowi. W końcu się na to zdecydowała. „Teraz żałuję, bo wywołało to rozpaczliwą scenę, wszyscy płakali…” – zwierzała się bratowej. Tłumaczyła swym najbliższym: „Oddajmy wszystko w ręce dobrego Boga, On wie najlepiej, co nam jest potrzebne”. Innym razem podkreślała: „…nie patrzę zbyt czarno. To wielka łaska, jaką mi daje Bóg. (…) Jakkolwiek by było, korzystajmy z cennego czasu, jaki nam pozostaje, i nie zadręczajmy się. W końcu stanie się to, czego chce dobry Bóg”.

W pierwszej połowie 1877 roku, wraz z trzema starszymi córkami udała się na pielgrzymkę do słynącego łaskami sanktuarium Maryjnego w Lourdes. „Jeśli dobry Bóg zechce mnie uzdrowić, będę najszczęśliwsza, gdyż pragnę żyć: trudno mi opuścić męża i córki. Z drugiej strony — mówię sobie: Jeśli nie wyzdrowieję, to pewnie dlatego, że dla nich będzie lepsze moje odejście. Póki co, robię wszystko, co w mojej mocy, aby otrzymać łaskę cudu; wierzę w pielgrzymkę do Lourdes, ale jeśli nie zostanę uzdrowiona, będę jednakowo szczęśliwa”.

Potem w liście do brata i bratowej napisała: „Nie zostałam uzdrowiona. Przeciwnie, podróż powiększyła chorobę”. „Mój czas nadchodzi” - mówiła.

Zmarła w wieku niespełna 46 lat, zostawiając pięć córek. 

To doświadczenie nie zniszczyło tej rodziny. Stało się, paradoksalnie, przestrzenią dojrzewania. Teresa - przyszła święta - napisze później: „Dobry Bóg dał mi Ojca i Matkę godniejszych nieba niż ziemi”. To zdanie nie jest tylko pochwałą rodziców. Jest wskazaniem kierunku: istnieje cel wykraczający poza doczesność. A współczesna kultura coraz częściej unika takich odniesień, skupiając się na tym, co natychmiastowe, mierzalne i użyteczne. Dlatego właśnie przesłanie rodziny Martin jest dziś tak niewygodne, i tak potrzebne.

Peregrynacja ich relikwii może więc też pomóc odpowiedzieć na pytanie: czy mamy odwagę wychowywać dzieci nie tylko „do życia”, ale do sensu? Czy potrafimy wskazać im kierunek, który nie kończy się na sukcesie, ale sięga dalej?

Bo być może największy kryzys współczesnego wychowania nie polega na braku metod, lecz na braku celu.

A bez celu – nawet najlepsze intencje nie wystarczą.

m. Kindziuk

za niedziela.pl

Jaką wdzięczność okażesz swoim rodzicom,takiej spodziewaj się od swoich dzieci.

Tales z Miletu

Polecamy

Ciekawostki o parafii

Poznaj obecne i historyczne fakty


Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
88 0.074321985244751